10-12-2005 | 11:54 | (3)

Jestem chodzącym pokładem energii twórczej. Tysiąc pomysłów na zrealizowanie miliona rzeczy. Nadrabiam zaległości w czytaniu (i pisaniu, ale o tym to nie teraz) - ponownie Toby Litt, tym razem w wersji krótkich opowiadań, "On the Etiquette of Eye-Contact During Oral Sex" i śmiech do rozpuku z tryskającej ironii i tekstów poniżej pasa, dosłownie i w przenośni. Robię Arkowi czapkę na drutach i zdaję sobie sprawę, że jednak potrafię i przez te wszystkie lata żyłam w błędnym przekonaniu jakoby coś mi kiedyś nie wyszło i że to graniczy z niewykonalnym. Czapka ma się dobrze, jest czarna, prosta i do połowy skończona. Tak przy okazji, całkiem mimochodem, rozgryzam tajemnicę działania maszyny do szycia, która jest beżowo liliowa i całkiem ładnie się ze stołem komponuje. Nie ma to jak spostrzeżenie laika, ale przynajmniej doznania estetyczne są, jak będzie z produkcją, zobaczymy. A poza tym wszystkim, to wizja nowego dizajnu wykwitła w głowie, tylko muszę zgłębić tajniki sztuki tworzenia wektorów. Ale przecież dla osoby tak twórczej to pestka. Last but not least, zbliża się koniec semestru i nauka wre albo chociaż wrzeć powinna. A na to wszystko sama narzucam sobie deadline, tydzień i dni kilka, bo do tego czasu chcę być nowa, ogarnięta i spełniona. Tak, żebym w końcu wiedziała, że czas nie przecieka mi przez palce.

Czytam: Toby Litt "Exhibitionism"
Słucham: Curtis Mayfield "Tripping Out"
Lubię: sernik w nocy i tosty nad ranem




21-12-2005 | 02:01 | (0)

Victoria! Nareszcie potrafię mieć w głębokim poważaniu rzeczy, które przez ostatnie miesiące doprowadzały mnie do łez. Teraz jedynie fukam nerwowo, odwracam się na pięcie i liczę do dziesięciu. Potem wybieram się na zakupy, w przypływie spontaniczności do fryzjera, bo jak szaleć, to szaleć. Z tą nową dawką energii i wiary w siebie (bo czytelnik musi zrozumieć, że nic tak nie poprawia kobiecie nastroju w podbramkowej sytuacji, jak nowy łaszek) wracam do domu, aby z obowiązków nie zrobić nic. Kombinuję, jak by tu w miarę bezboleśnie przeżyć ostatni dzień uczelnianej mordęgi nie mając gotowej żadnej z dwóch wymaganych prac. Nieludzkie, wymagać mobilizacji przed świętami. Ja jednak żyję już tym, że następne dwa dni pozwolą się odkopać z towarzysko-imprezowej stagnacji. Wiem już, że będzie pod znakiem Żołądkowej, bo to trochę klasyk. I dancehall, koniecznie dużo dancehallu.

Obijam: się.
Nadal: mam oczy szeroko otwarte.
Dziękuję: za oświecenie.




29-12-2005 | 17:57 | (4)

Najnowsze doświadczenia po raz n-ty upewniają mnie w przekonaniu, że w chwilach kryzysowych należy polegać tylko na sobie. Nie mówię tu o braku przyjaciół czy osób bliskich. Jednakże czerpać siłę życiową powinnam z własnych zajawek, realizacji planów, a nie polegać na szczęściu dawanych przez inne osoby. Bo można się boleśnie zawieść.

Czytam: "Lost in a Good Book" Jasper Fforde
Czekam: na nowy rok, na nowe życie.
Łudzę: się.




 
2007
01
02
03
04
05
06
07
08

2006
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2005
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2004
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12