04-03-2004 | 07:42 | (1)
Już miało być oficjalne oświadczenie, że jest mi ganz egal, że ogarnął marazm pod patronatem siedzenia 12 godzin przed komputerem i że najchętniej to shot in the head. Więdłam przez tydzień, a piątkowe zdarzenia stały się niejako ogniskiem zapalnym całej sytuacji. No bo i po co opuszczać dom, jeśli to co się dzieje poza jego bezpiecznymi ścianami jest żałosne i deprymujące pod każdym względem. Leniwa depresja spowodowała wyczerpanie zapasu czekolady w domu co jeszcze tylko dołożyło swoje, aby rozognić moje zgorzknienie. Jakże zbawcza okazała się moja wrodzona niecierpliwość i nie potrafienie odrzucić czegoś co pozornie mogłoby się wydawać beznadziejne i bez szans na przyszłość. Jeden telefon, pięć minut rozmowy i poczułam się jak nowo narodzona. Jak solidnie podlany konewką szczęścia podwiędły kwiatek. Na mojej twarzy zagościł szeroki uśmiech. I znów motyle w brzuchu.
---
Dla ucha i oka:
Usher feat. Ludacris, Lil John - "Yeah" (koniecznie z teledyskiem)
N*E*R*D - "What's wrong with me?"
Dla duszy:
Milan Kundera "Śmieszne miłości"
05-03-2004 | 18:38 | (6)
Okres wielkiego buntu. Albo świat się przewrócił do góry nogami albo mam jakąś chandropodobną przypadłość. Raz na 10 minut pada sformułowanie "to/on/ona mnie wku**ia". Czarna lista awansowała na stanowisko czarnej księgi. Nie ma litości ani dla mp3, która miała być najlepsza, ani dla konturówki do oczu, która się rozmazała, ani tym bardziej dla infantylnych chłopców i dziewczynek, którzy namnożyli się niczym małe włochate płodne króliczki.
07-03-2004 | 19:12 | (3)
'Idę się uczyć, żeby wygrać życie, CONIE.'
Ja w takim razie idę za przykładem mojej Klio. Zmieniam nastawienie do życia. Kończę z bezsensownym obijaniem się o ściany i karmieniem pustą nadzieją. Pora na małe przewartościowanie. Jest mi o tyle łatwo w życiu, że z łatwością potrafię się odciąć od wszystkiego i zacząć jakoby na nowo, bądź też na innym gruncie. Pora więc na to, by nauka znów znalazła swoje miejsce w moim życiu. Za bardzo to zaniedbałam. Pora się odciąć od niektórych ludzi, gdyż te znajomości nie owocują niczym dobrym. Pora też pomóc jednemu człowiekowi, który łapie stany depresyjne. A tak naprawdę potrzebuje jedynie ciepła.
Jednym słowem - mam misję.
10-03-2004 | 20:01 | (1)
zadzwoń do mnie i uratuj mi życie,
chcę przeżyć jeden prawdziwy dzień,
zadzwoń do mnie i uratuj mi życie,
przecież wiesz, gdzie jestem.
teraz czekam na kogoś nowego,
teraz czekam na ciebie, ciekawe kim jesteś.
Dwa cytaty z repertuaru nieistniejącego już zespołu Partia. A szkoda.
---
Po raz kolejny potwierdziło się moje przypuszczenie. Jestem kotem. Zawsze, ale to zawsze spadam na cztery łapy. W jakkolwiek gęste bagno bym nie wpadła, zawsze wychodzę cało z opresji. Przyznaję, że to szczęście mnie rozwydrzyło. Tkwię w przekonaniu, że nie musze się starać i ciężko pracować, bo na końcu i tak wyjdę obronną ręką. Ale ale, na dzień dzisiejszy skaczemy radośnie po pokoju i z radości machamy łapkami na prawo i lewo. Dywagacje na temat charakteru mojego urodzenia w czepku zostawiamy na później. Kulka znowu wygrała.
11-03-2004 | 07:50 | (3)
Mój anioł został przeze mnie świadomie strącony z piedestału. Nie czyni to z niego szatana, upadłego anioła czy jakkolwiek by to inaczej nazwać. To zbyt podniosłe określenie. Jest po prostu małym, ślepym chłopcem. Dzieckiem we mgle. Najpiękniejsze jest jednak jest to, że nie musiał mnie skrzywdzić, żebym doszła do takich wniosków. Taka mądra dziewczynka ze mnie.
---
Miałam sen. Kolejną noc z rzędu sen z szuflady z napisem 'niesamowicie realne, z zadatkami na prorocze'. Przedwczoraj obudziłam się z płaczem i rozwianymi nadziejami na świetlana przyszłość w ramionach pewnego osobnika. Tak znowu dzisiaj na dobicie widziałam siebie wyciągającą rękę do psychopaty, który jeszcze całkiem niedawno solidnie zatruwał mi życie. Ble ble, tfu tfu i odpukać w niemalowane. Na tą chwilę wyłączam swój proroczy oniryzm i żyję w przekonaniu, że moje sny się nie spełniają. Bo gdyby tak było, to byłaby katastrofa.
11-03-2004 | 21:36 | (2)
Produktywny dzień pod znakiem produkcji layoutów. Zaczęłam od swojego bloga, potem zajęłam się blogiem Klio (nadal w przygotowaniu) oraz stroną wydziałową (j.w.). Szarżuję drapieżnie i nothing can stop me now. Znów "złapałam bakcyla" na dizajn i mam zamiar się tego trzymać. Zadatki mam, umiejętności jakieś tam też, więc dlaczego nie połączyć tego, co przyjemne z tym, co pożyteczne?
---
Przedweekendowe przesłuchanie:
Biz Markie feat. Elephant Man - "Let me see you bounce"
13-03-2004 | 18:59 | (2)
Dobra mama Kulka wypuściła swoje piękne poznańskie dziecię spod opiekuńczych skrzydeł i ma parę godzin na zajęcie się sprawami, które zwykle nie przeszłyby w grupie dwuosobowej. Wczoraj za to wygrałyśmy najbardziej na świecie, nasz fanklub znacznie zwiększył liczbę członków. Ale to wszystko wina Klio, chłopcy, jak ta dziewczyna się rusza. Ja w ramach integracji mazowiecko-wielkopolskiej i z uwagi na chęć posiadania ludzkiego wyglądu dziś, zrezygnowałam z jakichkolwiek trunków alkoholowych, co jedynie pogłebiło mój stan osaczenia. Może to kwestia dnia, może nieszczęsny klub Live tak na mnie działa, a może po prostu moje feromony tryskały ze zwielokrotnioną siłą. Jaki jednak by ten powód nie był zwracałyśmy zbyt dużą uwagę, co nawet dla osoby tak bezkreśnie zakochanej w sobie jak ja było dość przytłaczające. Ale i tak to moja Klio wiodła prym w popularności wśród "klubowych amantów".
A tak z pozytywniejszych wątków - dzisiaj ponownie wygramy. I pozwolę sobie na jedno piwo. I wypiszę na czole: do not touch, świeżo malowane.
---
Z wielką przykrością stwierdzam, że jak na dzień dzisiejszy Eugenia poległa śmiercią tragiczną - mój drugi dysk za przeproszeniem szlag trafił. Reanimacja w toku.
16-03-2004 | 14:55 | (1)
Razem z Tobą odeszło słońce. Smutno mi.
Na pocieszenie Lady Saw i "Big Ninja Bike".
---
Spędziłam z Martą parę najlepszych dni, ale jak wiadomo wszystko co dobre szybko się kończy. I teraz niebardzo wiem co się dzieje. Dom pusty, nie ma do kogo dzioba otworzyć. Pewnie ona napisze całkiem przyzwoite sprawozdanie za 2 godziny jak już będzie w domu. A z resztą. Dzisiejszy dzień troszkę ssie i nie będę się tu silić na nic wydumanego.
17-03-2004 | 11:38 | (4)
Rehabilitacja mentalna w toku, z całkiem dobrymi efektami. Bodyguard zesłany mi przez pyrlandzkie słońce działa kojąco na rozum i duszę, a także troszczy się, żeby ciało nie obrosło tłuszczem i zapewnia cały tabun imprez, gdzie owe kalorie należy zrzucić. Do przodu małymi kroczkami.
Ktoś inny natomiast daje przykład jak wygląda ryba wyciągnięta z wody, która wie, że i tak już nie ma żadnych szans i argumentów, ale i tak się rzuca. Jak mały osaczony zwierzak, który i tak będzie szczerzył zęby i warczał. Lub ostatecznie jak półgłówek, bezkreśnie zakochany w sobie, uważający, że pożarł wszystkie rozumy i jest panem tego świata, który to jednak poczuł zagrożenie i nie potrafi w takiej sytuacji zachować się z klasą. A z wysoka ponoć upadek boli najbardziej. Utemperuj swoje ego, to unikniesz tylu złamań i siniaków. What up 'shorty'?
---
A na dobry dzień Tanya Stephens w "Lock Down".
19-03-2004 | 10:52 | (9)
Głowa ciężka, samopoczucie typowo wczorajsze. Co nie oznacza, że wczoraj było źle. Nie nie, tylko dlaczego jak późno chodzę spać, to budzę się dokładnie po sześciu godzinach. Może fajnie mieć wyregulowany zegar biologiczny, ale nie w takich okolicznościach.
Dowiedziałam się wczoraj, że dla chcącego nic trudnego, a świat (przede wszystkim internetowy) jest bardzo mały i bardzo łatwo kogoś znaleźć. A tymczasem podnoszę moją ciężka z niewyspania pupę i idę jakoś z twarzą rozpocząć ten piękny słoneczny dzień. Poza tym w planie jest wydalenie jakichkolwiek złych emocji, aby gdy nadejdzie wieczór mieć nieskończone pokłady miłości dla bliźnich. W tym wypadku dla konkretnego bliźniego. Taki love bombing. Chytry plan.
Chaotyczna wypowiedź?
Jako kop na rozpęd Ward 21 i "Gangsters Don't Retire". To tak z serii Kulka Poleca. :)
22-03-2004 | 20:50 | (1)
Stoczyłam ostateczny bój ze stroną wydziałową. Basta! Wychodzi mi już to bokiem. A przez ostatnich parę dni byłam zbyt leniwa/nietrzeźwa/skacowana, żeby cokolwiek ambitnego napisać, co dzisiaj też mi dość opornie wychodzi. Ślęczenie 12 godzin przed monitorem nie działa specjalnie regenerująco.
Czwartek i piątek minęły stricte pod znakiem reggae, kapusty i alkoholu, z domieszką człowieka, który nie potrafi odpowiedzieć pełnym zdaniem na pytanie. Sobota sponsorowana była przez megakaca (Białostockie wynalazki kolegi robią swoje), koktajl czekoladowy, Scrabble i jak zwykle przez starsze panie wciskające do ręki gazetkę "Przyjaciele". Leclerc płonął, winda się zacięła, a w mojej łazience na miejscu wanny znajduje się ogromna dziura, którą ktoś musiał zrobić swoim "młotkiem" pneumatycznym. Zgroza. Niedziela była apogeum lenistwa. Nie ma to jak nie zrobić absolutnie nic przez cały dzień.
A jutro staję przed poważnym wyzwaniem i jak to dzisiaj określił mój kolega, idę się heidiklumować. Dlatego też zaraz się udaję na spoczynek, aby być piękną i wypoczętą.
---
Czytam: Jasper Fforde "The Eyre Affair"
Słucham: Jahmali & Warrior King "What's going on"
Tęsknię: za Martą Klio moją jedyną
Czekam: na 16 kwietnia
Mam: szkolne wyrzuty sumienia
23-03-2004 | 18:39 | (2)
Lenistwo lenistwem pogania. Robię nic. I chyba pora to zmienić. Kolega stwierdził, że przesilenie wiosenne, że wszystkie lenie zalegają na swoich kanapach, tudzież innych oazach uprawiania swego fachu. Prawda. Chociaż niektóre lenie mają więcej samozaparcia czy mobilizacji. A mi się po prostu nic nie chce.
---
Pani szuka Pana.
---
Słucham: szumu wiatraczka z płyty głównej. Warkotu raczej.
Czekam: na Ciebie.
Ziewam: Głośno i ostentacyjnie.
25-03-2004 | 08:20 | (6)
Człowiek codziennie poznaje siebie. Odkryłam właśnie, że negatywne wzmocnienie może stać się bodźcem do działania. A zawsze przypuszczałam, że należę do osób, które mobilizują się w momencie pochwały, dobrej oceny czy ogólnie bycia docenionym. A może to czego właśnie doświadczam jest moim małym swoistym buntem, pokazaniem na co mnie stać i że nie ma to tamto. No w każdym razie jestem zadowolona z rozwoju sprawy. Bo my raki, to mamy tendencję to wycofywania się w przypadku zagrożenia. Czy generalizuję?
---
A mama zawsze mówiła: Nie ruszaj córuś gówna, bo jak się je ruszy, to śmierdzi.
---
Wystawiam: środkowy palec.
Czekam: na zbawienie.
Robię: kupę (całkiem tak jak ty)
26-03-2004 | 07:34 | (0)
W naturze wszsystko musi być zrównoważone. Jeśli hot slackness day, to następnego dnia musi spaść śnieg. A je mówię "What the fuck?", jest wiosna, prawie kwiecień, skąd się do cholery wziął śnieg. Ledwo się otrzepałam ze skutków wiosennego przesilenia, a ma mnie na nowo dopaść zimowa depresja? Nie lubię śniegu, a to z tak poważnego powodu: jest zimny, mokry i robi ciapę na ulicy, która to znowu ciapa brudzi twoje buty i spodnie. Fair enough. Jak dla mnie. Lato, ja chcę lato.
---
Drogie dzieci, nidgy nie chodźcie spać z niewysuszonymi włosami, bo jak się obudzicie, to będziecie wyglądać jak ciocia Kulka i straszyć swoją fryzurą "piorun-w-miotłę" ludzi na ulicy.
---
Piję: gorące kakao (jak to na wiosnę)
Czekam: na wieczór i na mojego bodyguarda.
Jaram się: Macromedia Studio MX
Cieszę się: ogólnie, tak.
Czeszę się: po co? I tak by to nic nie dało.
Linkuję: Days in a Day
28-03-2004 | 22:49 | (0)
"- Normalnie, conajmniej powinien dostać dożywocie.
- Żadne dożywocie, normalnie łeb ukręcić."
---
Miało być, że twarda jak głaz, i że dziewczyna ze stali, ale z miękkim wnętrzem. Tak jest nadal. Z tą różnicą, że pancerz jednak nie pękł. Przyjął cios, mocny, nie powiem, ale głaz się nie skruszył. I nie przyjmuję razów w "żywe mięso". Stoję, z wysoko uniesioną głową i prę naprzód niczym walec, miażdżąc co tylko stanie mi na drodze. Bez strachu, bez skrupułów, bo przecież tak trzeba, takie życie i taka rola walca. So up yours.
---
If looks could change the world. Big up my brown eyed boy. Masło orzechowe + banan + sos czekoladowy + mleko = bomba kaloryczna. Ściany mają uszy, a koty wcielone mają oczy. Autobusy w niedzielę wieczorem tłoczne, a nauczycielki mają sobowtórów. Ale uśmiech4life. Cokolwiek by się działo.
---
O Tobie nigdy nie zapomnimy.
---
Trzepoczę: rzęsami.
Zabijam: wdziękiem i urokiem osobistym.
Jestem: skromna, jak zawsze.
Czekam: na zwrot ukradzionej godziny.
29-03-2004 | 07:36 | (2)
Na dobry śpiącego dnia początek cytat z Kundery:
Z przeszłości każdego z nas można równie dobrze wykroić życiorys wielbionego męża stanu, jak i przestępcy.
Fakty niewiele znaczą wobec nastawienia. Zwalczać famę lub czyjeś nastawienie, jest wysiłkiem równie daremnym jak zwalczać wiarę człowieka wierzącego w niepokalane poczęcie.
---
Rozumiem, dłuższy dzień, czas letni, dający nam pozorne poczucie, że już lada dzień zaleje nas fala Słońca. Wszystko pięknie, ale kto się za mnie wyśpi? Dzień żywych trupów i zombie na ulicach. Grunt to wewnętrzny czar. Ale chęci do wysiedzenia na nudnych zajęciach nikt mi nie podaruje.
---
Robię: ziew.
Piję: mocną kawę.
Stwierdzam: że wkradł się tu jakiś absurd.
29-03-2004 | 22:36 | (6)
Tryskająca kreatywnością, emanująca wiosenną namiętnością, robiąca pffft i odwracająca głowę w drugą stronę. Szukająca serwera, wagarująca bezczelnie, pożerana przez wyrzuty sumienia. Hiphopowo wampiryczna, lekko zaokrąglona, oddychająca głęboko. Cyniczna, pełna niechęci do jego osoby, z chęcia zrozumienia jego postawy. Urocza w swej naiwności, niemniej zawsze uśmiechnięta. Taka jestem. Dzisiaj.
---
Obrażam: używając zwrotów "locha trójpalczasta", "rura bardaszana" i "torebka z Cepelii".
Czekam: na Słońce.
Odsypiam: skradzioną godzinę.
Słucham: wariata Red Rat'a.
Tworzę: swoje.
30-03-2004 | 08:43 | (8)
Odespać nie odespałam. Na dobrą sprawę jestem bardziej nieprzytomna niż wczoraj o tej porze. W pewnym wieku uruchamia się syndrom, jeśli wstaję rano i nic mnie nie boli, to znaczy, że nie żyję. Ja zdecydowanie żyję. Mówi mi o tym kręgosłup i kolana. To już nie przelewki, starzeję się. Może kapinka sportu była by jakimś rozwiązaniem. Ale po co, jeśli można całymi dniami siedzieć przed biurkiem/komputerem.
---
Lubię: panów śpiewających falsetem.
Budzi mnie: Red Rat "Nuh No Live No Weh".
Śniadaniuję: ciastka francuskie!!!
Czekam: aż się Królewicz przebudzi.
31-03-2004 | 16:40 | (5)
Tak gwoli przyzwoitości przepraszam bodyguarda za wybryk wczorajszy. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina.
---
Biję: rekordy w spóźnianiu się.
Spóźniam się: godzinę.
Robię: dobrą minę.
Idę: do BUWu.
Kocham się z: Beenie Man "Ola"
Bo: jestem w tytule.