03-03-2006 | 16:12 | (16)
Słońce. Nareszcie trochę słońca. Sprawdza się teoria, że wystarczy trochę promieni, aby i życie człowieka nabrało blasku. Gdy jestem na zewnątrz, rozpiera mnie optymizm, czuję, że mogę wszystko. Taka petycja, do kogoś tam na górze, proszę jeszcze stopić śnieg. Dwie pary pantofli czekają, wiecie jak jest.
W półstanie. Całe moje Ja wyrywa się tam, gdzie dziesięć dni dało mi więcej energii niż pół roku na miejscu. Prowadzę walkę z rzeczywistością, a raczej z zagospodarowaniem kolejnych czterech miesięcy w taki sposób, żeby minęły jak najszybciej, lecz jednocześnie jak najowocniej. Rozmowy z nim dały mi dużo do myślenia. Pytania o życiowe cele, o przekonania, o wiarę. Łapię się na tym, że nigdy tak naprawdę się dogłębnie nad tym nie zastanawiałam. W co wierzę? Czego chcę od życia? Niby banalne, a jednak. Czuję niepohamowaną potrzębę doskonalenia siebie, na wszystkich możliwych płaszczyznach. Chcę być ładniejsza, bardziej zadbana, mądrzejsza, bardziej twórcza. Dwie siły zderzają się ze sobą. Z jednej strony niszcząca tęsknota, chęć bycia tam, a nie tu; z drugiej napędzająca mnie do działania wola przyspieszenia czasu, imponowania tym, co robię. Wiem już czego mi brakowało przez dłuższy czas, wiem jakich wartości szukać w ludziach, wiem jak chcę być traktowana. Teraz tylko potrzebuję siły do wypełnienia zamierzonych celów. Zobaczymy.
A wczoraj rozmawiałam z moim małym przyjacielem, po raz pierwszy od bardzo dawna. Zstąpiło na mnie oświecenie, jak bardzo tęskniłam, jak mi tego brakowało i że już nigdy nie dopuszczę do rozłąki, chociażby na siłę, nawet gdyby się zapierał rękami i nogami. Wybacz, you’re back where you belong. Miłość.
Jem: szpinak w sosie śmietanowym. Popeye, raczej.
Oglądam: dużo dużo. Nadrabiamy zaległości filmowe.
Czytam: nadal Jasper Fforde.
Czekam: na czerwiec. Ale najpierw na wiosnę.