02-04-2004 | 17:11 | (2)

Dryfuję w błękitnej atmosferze melancholijnej rezygnacji. Zapomniałam jak to jest się cieszyć małymi rzeczami, jak jeden promień słońca potrafi być powodem do życia, a jeden uśmiech przechodnia na ulicy powoduje, że radość oblewa duszę gęstym sosem czekoladowym.

Czuję się jakbym uczyła się pogody ducha na nowo. Pracuję nad swoją psychiką, karmiąc ją małymi porcjami szczęścia. Aksamitne lody o smaku tiramisu, słoneczny dzień, piękne książki, to że zawsze jest czas by zacząć wszystko od nowa. To że żyję i mam przed sobą życie, że wszystko stoi otworem i wystarczy tylko sięgnąć po to, czego się chce. Że wszystko się może zdarzyć i nic nie jest skończone, przekreślone i spisane na straty. To że jest wiosna i świat się zaczyna zielenić, a hormony budzą się do życia. I że ludzie się kochają i są w tej miłości szczęśliwi. Dużo jest piękna wokół nas, tylko trzeba się nauczyć je zauważać i doceniać.

---
Łzy są najlepszym oczyszczeniem dla skołatanej duszy. W środku nocy dziewczynka szła nierównym chodnikiem i płakała, zanosiła się dławiącym szlochem. Dlaczego? Bo wszystko jest złe, bo brak tego czy owego, bo dobrze jest się wypłakać. A jak już się zaczyna, to czemu nie zrobić tego, za te wszystkie razy kiedy się nie mogło. Bo obciach, bo błahostka, bo supergirls don't cry. Czasami płaczą. A pan taksówkarz współczuje.

---
Słucham: Junior Kelly "Love".
Czytam: wszystko.
Jem: lody.
Tuczę: się.




05-04-2004 | 12:39 | (3)

Weekend minął pod znakiem babskiej imprezy, muzyki reggae granej na techno party, powrotów o tysiącu przesiadek. Ale też pod znakiem marzeń o satynowej pościeli, czekoladkach i arbuzach bez pestek. A za oknem słońce zaszło i po dobrym weekendzie nadszedł zły poniedziałek. Poniedziałek, w którym człowiekowi się odechciewa wszystkiego, nawarstwiają się problemy i nic już nie jest takie jak było. Że niby wiosenne przesilenie, a ja czuję jakbym stanęła nad przepaścią i jedyną drogą jest ta prowadząca naprzód. Nieuchronny upadek, poobijane kości, przez cierpienie do głowy. Jedyny sposób, żeby zmądrzeć. Ale kiedy ja tak nie chcę?

---
Podkulam: ogonek.
Chlipię: i buczę.
Czekam: na cud i na upadek na cztery łapy. Inna the cat stajla.




06-04-2004 | 09:53 | (3)

Na wszystko w życiu znajdzie się sposób. Na ciśnienie nikotynowe spowodowane mega stresem - raczki, na smutki i łzy - znajomi, którzy zawsze powiedzą coś, co podniesie na duchu i przyklei uśmiech do twarzy, a na spuchnięte oczy vel wcale-nie-są-zmongoloizowane-i-nie-straszą-ludzi-na-ulicach - cuda współczesnej kosmetyki, kreska tu, tuszyk tam i staję się piękna jak nimfa wodna. Ogólne przesłanie tej wypowiedzi miało dać czytelnikowi do zrozumienia, że jakkolwiek źle by nie było, ja i tak mam to w głębokim poważaniu, bo naturę mam beztroską. Zawsze jest czas. Choćby było bardzo późno.

---
Słucham: Tanya Stephens "Shorty"
Psioczę: na nieudane plany wyjazdowe.
Wiem: że i tak to nadrobię. W trójnasób.
Uśmiecham się: do świata.




06-04-2004 | 17:30 | (18)

Wiosna. Słońce świeci, koty spadają na cztery łapy, co poniektóre idą się marcować (choć to już kwiecień), inne wracają grzecznie do domu, po drodze spotykając she male'a w autobusie, który/a jest już z widzenia znany/a. Owe grzeczne koty ładnie dziś wyglądają, bo zadbały o siebie, odgoniły smutki i snują kwieciste plany na przyszłość. Wieczorem będą z mamą kocicą piły whisky z colą, a teraz słuchają muzyki i oddają się wirtualnym igraszkom z życiem.

---
Popołudniu słucham: Pompidoo "Synthesizer Voice".
Piję: latte orzechową.
Mam: farta.
Naprawiam: błędy. Z powodzeniem.
Płyniesz: w rytm melodii duszy mojej.




07-04-2004 | 22:30 | (4)

Dzisiaj mamy specjalny dzień. I nie jest to ani święto narodowe, ani też nic takiego specjalnego się nie wydarzyło. Jest specjalny, ponieważ mija 3 miesiąc bycią nicotine free. Jest specjalny, bo za 3 miesiące przestaję być nastolatką. Jest specjalny, bo w urodziny zafunduję sobie pół roku bez papierosa. I jest specjalny, bo się uśmiecham.

---
Szkoła jest funky. Wróciło kocię do formy. Rozbraja koleżanki tekstami i pomysłami, jest kochane i lizusuje na potęgę. Rozbrajająca natura dzidzi. Ot co.

---
Słucham: Junior Byles "Fever".
Dedykuję: Tobie.
Odliczam: 23 to go. ;)
Jadę: do Kluczborka.




11-04-2004 | 22:31 | (13)

Piątek

20:34
Święta. Moja antypatia sięga zenitu, jak co roku. Nad wyraz niekomfortowo czuję się wyrwana ze swojego środowiska naturalnego, niczym ryba wyjęta z wody. Kilka dni na wygnaniu, bez życiodajnych rzeczy, z których czerpię energię na co dzień. Tym razem i tak jest dobrze, bo nie zostawiłam nikogo w Warszawie, kto by z utęsknieniem czekał na mój powrót. Nie jest tak, że będąc daleko, marnuję czas, który mogłabym z kimś spędzić. O tyle mniejsze katusze. Nie odbyło się bez reisefeber, bez płaczu i zgrzytania zębami. Bo jak mam przeżyć ileśtam dni, nie mając konkretnego zajęcia. Komputer obcy, nawet tachanie własnego dysku nie pomaga, bo akurat najpotrzebniejsze programy odmawiają posłuszeństwa. Pełna liczba 20 książek o najróżniejszej tematyce i zastosowaniu kurzy się w kącie, lecz sumienie zaspokojone, że czekają jak by co. Kusząca ilość babcinego jedzenia w połączeniu z maminym, „Ola, nie jedz tyle, chcesz przytyć? Wiesz jak ciężko to zrzucić?” Nigdy nie przypuszczałam, że będę mogła mieć tego typu problemy, pochłaniam niebotyczne ilości kalorii, wszystko inne mając głęboko w poważaniu. Sącząc swojego Redd’sa pozwalam myślom krążyć i beztrosko frunąć na zachód. Bo we mnie płynie zachodnia krew, rodem spod czesko-niemieckiej granicy.

Sobota

13:34
Dwanaście godzin snu jest funky. Ja, w koszuli nocnej z haftem a’la figlarna Heidi, z fryzurą w stylu piorun-w-mitołę. Budzi mnie psię moje mikre liżąc po stopach i dając do zrozumienia „Pani, weź mnie na łóżko, jestem zbyt leniwy, żeby sam na nie wskoczyć”. Ostatecznie leniwie się zwlekłam z barłogu, żeby ponownie pochłonąć ogromną ilość jedzenia, spojrzeć w lustro, zrobić „O ja!” i zająć się wszystkim i niczym. Teraz wiszę w stanie półświadomości, w próżni pomiędzy teraz a jutro. Równie dobrze mogłabym zahibernować na najbliższe dwa tygodnie. Wszyscy chodzą po domu nabuzowani, mają do siebie wieczne pretensje i prawią morały o byle gówno. Przy okazji medal dla rodziny za umiejętności psucia nastroju innym. Gratuluję. Mam dość. Kiedyś w podobnej sytuacji poszłabym na papierosa, a teraz tylko mogę sobie strzelić w łeb.

20:12
Sobota to dzień sesji smsowych, to przepisywanie notatek w nadziei, że choć część z tego zostanie w głowie. To dzień obżarstwa pospolitego i dzień wyrzutów sumienia. To chwile, gdy ciało jest tu na miejscu, a dusza szybuje pod niebokłonem. To czas, kiedy jestem zadowolona, z tego co mam i z tego co mogę mieć, co życie mi podsuwa pod nos. Bo w sobotę uzmysławiam sobie, że nie można okazji przepuszczać, bo jeśli same do ciebie przychodzą, to należy czerpać ile wlezie. Live life to the full - mówią Anglicy przy sobotniej tea. Sobota pachnie jaśminem, tak samo jak różowa kąpiel w pianie, na którą najlepsza jest właśnie ta sobota. Różowe są też myśli, niczym guma do żucia, taka "prawdziwa". W sobotę kiełkuje ziarenko nadziei, zasiane w duszy nie tak dawno temu. Odpowiednio pielęgnowane, rozkwitnie.

21:02
Mój koszyczek był bardzo wyuzdany i nieprzyzwoity. Jedno jajko nazywało się Left, drugie Right, a po środku niewinnie spoczywała sobie kiełbaska. My dzieci bezbożne wszędzie przemycamy nasze pogańskie widzimisię. Ale gdybyś był jajkiem, też nie chciałbyś być anonimowy. A co do gustów w dobieraniu imion się nie dyskutuje. Jeśli są dzieci, które nazywają się Xerox czy Opel...

22:46
Wiem wiem mała, jestem Twoim dauniątkiem. Wygaduję te absurdalne rzeczy, obijam się o framugi, jakby drzwi były zbyt wąskie i nie do końca ogarniam co się tak naprawdę dzieje dookoła. Drugi dzień na zesłaniu, powoli się asymiluję do nowych warunków i pod niebiosa wychwalam wynalazek jakim jest telefonia komórkowa. Jeśli jesteśmy przy temacie telefonów, to właśnie odbyłam dwie rozmowy, balsam dla skołatanego wyrwaniem z naturalnego habitatu mózgu. Na buzi pojawił się wielki banan i po raz kolejny rozumiem, jak istotny jest dla mnie kontakt z ludźmi. Co z drugiej strony gryzie się z moją fobią co do komunikacji miejskiej i siedzenia 2 cm od obcej ci osoby, która nie zawsze ładnie pachnie i toleruję twoją "strefę intymności". Pod tym względem podróż metrem powiewa największą traumą, co na szczęście jest zrównoważone tym, że nie trwa ona zbyt długo. Tragiczne w skutkach są też kluby, gdzie państwo bawiący się nie do końca odznaczają się kulturą osobistą i wpadają na Bogu ducha winnego delikwenta cała masą swojego spoconego ciała lub co gorsza, całkiem "przypadkowo" ocierają się idąc w miejscu i przyprawiając cię o mdłości. Może to kwestia dnia, a może po prostu jestem wybiórcza. Jeśli ty przekraczasz Linię, to jest spoko, a jeśli nie daj Boże TY, no to porażka na całej linii, zgrzytanie zębami i trzymajcie-mnie-bo-nie-ręczę-za-siebie. To się nazywa charyzma, fluidy czy też jak kto woli, chemia. Albo od razu jesteś na plus albo baj baj bejbi. Reasumując, fajnie że zadzwoniliście, a obcy ludzie, do których się najpierw nie uśmiechnę, niech mnie nie dotykają. Dziękuję i proszę o wyrozumiałość jeśli chodzi o tę małą dygresję. W końcu jestem ostatnio chora na głowę.

Niedziela

12:05
Z samego rana wcielona w pobocznego obserwatora. Paranoja zmieszana z polską tradycją. Bo kto to widział zaczynać poranek od kielicha? No rozumiem, święta, taki zwyczaj, człowiek musi jeść dopóki nie pęknie, bo przecież potem nie będzie, bo mięso na kartki, bo świat okrutny. Babcia nadal w pamięci mająca obraz małej Oleńki - niejadka, próbuje wcisnąć we mnie niebotyczne ilości jedzenia. Ale przecież ja i bez tego jestem żarłokiem i bez tego odkłada się tłuszczyk, a przecież nie mogę sobie zapracować na miano kuli. Bo kule się toczą, a tego byśmy nie chcieli. Z samego rana jestem pełna jadu i cynizmu, tak że aż uszami tryska. Bo bzdurne pomysły mojej rodzicielki a propos dyktafonu, bo obudzono mnie w najlepszym momencie snu, bo Kluczbork jest tu, a nie TAM. Napisałam list do kobiety zajmującej pierwsze miejsce w moim sercu, pisałam naprędce, emocjonalnie, brązowym atramentem. List pełni funkcję ekspresyjną, przez co może powiewać egoizmem i samolubstwem. List, jest pierwszą, od jakiegoś roku, korespondencją papierową, która zostanie wysłana, a nie zaśnie wiecznym snem na dnie szuflady, by być ekshumowana kilka lat później. List płonie, jest gorący od uczuć i emocji, miejmy nadzieję, że listonosz się nie sparzy. List będzie u Ciebie mała, już lada raptem, jak to mówi pewien DJ lub inaczej, za raz, za dni kilka, za chwil parę. A razem z tym listem, będę przy Tobie ja. Bo kocham.

20:33
Samozwańcza królowa absurdu, nieodpowiedzialności i beztroski. Absolutna mistrzyni w rzucaniu się z impetem na framugi oraz dążąca do perfekcji w finezyjnych sposobach samookaleczania. Bo w tą małą główkę wkradł się amok, bo nie wiem, gdzie pion, a gdzie poziom i czy liczba 16 to dużo czy mało. Burza zmysłów, spacer po Kluczborku, który teraz niczym własna kieszeń. Z telefonią komórkową za pan brat, uzależniona od Twojego głosu. Mówiąca: „Pani Kulecka, niech żesz się pani ogarnie, bo tak nie wypada. Przecież pani dorosła już jest i to tak nie przystoi.” Wtedy się odzywa moje drugie ja i mówi: „Fak ju, ja tak chcę i basta. Podoba mi się tak, jest fajnie, będzie jeszcze fajniej. Co mi zrobisz? Głowy mi przecież nie urwiesz!” I dalej dryfuję, dziesięć centymetrów nad ziemią. Bo jest wiosna i wróbelki ćwierkają, choć nie widzą, że w witrynie sklepu „Chemia” jest szyba i nie da się wlecieć do środka. Potykam się o płyty chodnikowe, i tak nie wiedząc dokąd idę, zmierzając przed siebie i ostatecznie lądując na dworcu kolejowym. Że niby to taka błahostka, że tylko wsiąść do pociągu, odsiedzieć ileśtam dupogodzin i siemasz, jesteśmy tam gdzie chcielibyśmy być. No way Jose - idąc za Amerykanami, co to przy meksykańskiej granicy mieszkają. Ale liczba 16 powoli ustępuje miejsca 15, a potem to już z górki. Bo każdy z nas ma w sobie maszynkę do przewijania czasu, tylko nie każdy dostał instrukcję obsługi. Nie sposób siedzieć w kącie i obgryzać paznokcie w nadziei, że nagle wszystkim zegarom, kalendarzom czy też innym czasomierzom odbije i ustawią się wedle mojego życzenia. To tak nie działa. Bo wtedy na przykład Marta złożyłaby petycję, że ona też tak chce, że to nie fair, i że o 19 do przodu proszę. Na to Ola powie: „Hola, hola maleńka! Dziewiętnaście to za dużo, chcesz mi ukraść trzy dni.” I tak dalej będzie płynęła słodka bezowocna polemika. A tak poza tym, to jestem niemądra, bo w absurdzie doszukuję się przeznaczenia. Bo tak jest na filmach i to się sprawdza. I już nawet scenariusz jest. I to jest tak, że bita śmietana ma białą zatyczkę i bezapelacyjnie musi być truskawka na puszce, bo to leży w jej śmietanowej naturze. Najpierw się robi szejk yt, a potem skłiz yt. A potem to już wedle uznania. Bo i na owoce i na galaretkę dobra. Bo wiecie, to jest tak, że ja jestem sobą. Że nie kocica-wamp, tylko beztroskie kocię-wariat. Że czuję, że jestem młoda i nic nie stoi mi na przeszkodzie by dosięgnąć słońca. Nie muszę się pakować w jakieś ograniczenia konwenansami, czy też w chciałaś-mi-odbić-narzeczonego. Bardzo mi przykro moi drodzy, ale przede mną świat stoi otworem. Bo spod łopatek wyrosły mi skrzydła, takie anielskie, o białych jedwabistych piórach, które odbijają światło, oślepiając swym pięknem. Teraz tylko muszę je rozwinąć i wzbić się pod niebiosa. A to już niedługo, już za chwilę.

21:05
Nakleiłam znaczek na Twoją kopertę. I na Twoją kartkę też. Bo jednak największą wartość ma to co namacalne, to w co się czas i serce włoży. Gdybym ładniej rysowała, to byś dostała przeogromne arcydzieło, sygnowane sercem przebitym strzała. A tak samo serce pozostaje. A Tobie kocie mogę co najwyżej usta odbić. Ale ba, te usta zajmą pół pocztówki, bo mama i tata się postarali, a kto wie czy gdzieś dochodząco się jakaś czarna krew nie wkradła. Genealogii rodziny nie studiowałam, a może warto. Ah, i zazdrosna jestem, o te kobiety w waszych życiach. Tak tak, to nie pomyłka. Bo i Ona i On i te ich kobiety. Bo ja też jestem kobietą i to zaborczą do tego i nie marzy mi się, aby moje miejsce było zajmowane. Misja: ugruntować sobie pozycję. Zlikwidować konkurencję. Bezczelnie panoszyć się na swoim.




12-04-2004 | 22:39 | (6)

18:06
Zabijąjąc czas maluję paznokcie na kolor herbacianej róży, który jest so fifties i zupełnie do mnie nie pasuje. W ręce niefortunnie wpadła mi bombonierka i naprędce znalazłam pretekst, żeby wyjeść połowę czekoladek. Bo przecież jest tyle różnych rodzajów, bo przecież nie mogę się odznaczać ignorancją i nie mieć zdania na temat odczuć moich kubków smakowych. I dalej brnę w swym czekoladowym uzależnieniu, choć do zemdlenia. Ale potrzebuję nałogu. Może odkryję substytut, który nie byłby tak kaloryczny, może to właśnie Ty nim będziesz, ale lepiej i dla mnie i dla Ciebie, żebym na razie jadła czekolove. Bo z nałogowcami to jest tak, że potrzebują mieć swój narkotyk pod ręką, bo inaczej drgawki, nerwy i wyrywanie włosów garściami. W dłoni „The Bloody Chamber” Angeli Carter, a ja udaję że czytam. Książka należy do tych, które są nagrodą, jeśli przebrniesz przez pierwszy rozdział, przy którym nie sposób nie zasnąć. Jestem na etapie tegoż właśnie pierwszego rozdziału. Ale jako żem twarda jak skała i uparta jak wół, to przeczytam i nawet w środę będę intensywnie dyskutować w gmachu British Council na temat tego, co też przeczytałam. Bo takie mam zboczenie, takie widzimisię, bo w ten sposób jest fajnie i mogę się lansować moją angielszczyzną. A tak naprawdę to siedzę i doznaję orgazmów fonicznych, słuchając akcentów rodem ze Stanów, Walii czy południowej Anglii. Innym zboczeniem jest to, że już tylko 14 i 1/3, co oznacza, że bliżej niż dalej oraz że rzeczywiście płynie we mnie krew ścisłowca i że mijam się z powołaniem. A tak z najnowszych spostrzeżeń, to niemądrym jest noszenie stringów pod szorstkie jeansy i szorowanie tyłkiem po kanapie podczas trzymania laptopa na kolanach. Bo pupa obtarta i czort wie co z tym zrobić. Lepiej być outre i nosić bokserki, które odsłaniają tak w sam raz, zasłaniając wszystko inne. I nie ma, że kawa na ławę i podane na tacy jak chłop krowie. Mgiełka tajemniczości jest O.K.

20:32
Rodzinny spacer plus pies. Wczorajsza trasa rozszerzona odrobinę, baterie w cyfrówce tot i tabor kolejowy wraz z fabryką mebli „Opole”. To miasto umiera, tak jak pewnie umierają inne małe miasta w Polsce. Migracja jest bezlitosnym katem, wszyscy lgną do mrowiska i zapewne mają rację, bo the more the merrier. Pewien sms wywrócił moje życie do góry nogami, dodając do panteonu liczb okrągłą 10. Muszę przyznać, że to dodaje sytuacji smaczku i jest dobrym patchem do mojej maszynki do przewijania czasu. Bo wiesz, teraz czekam na Ciebie i na Nasz Piątek i na bójcie-się-ludzie-the-sisters-are-coming. I nie zostawimy suchej nitki, spalimy chałupę do fundamentów, zagrabimy co zostanie i porwiemy wszelkie niewiasty. Jak na dobrych pogromców przystało.

Zasłyszane na ulicy:
- Ejwy, wiecie dlaczego nogi śmierdzą?
- Yyyy? (fajni jesteście chłopcy choć macie 11 lat i nadal wierzycie, że końskie zaloty są w dechę)
- Bo wychodzą z dupy.

O tempora! O mores!

Absurdu ciąg dalszy. Powoli wtapiasz się w moje życie i stajesz oczywizmem, jak to mówi ciocia Klio. I już jak wymawiam Twoje imię, to jest to coś naturalnego, jakby tak właśnie miało być od zawsze i nie było w tym żadnego novum i serce nie rozrywało piersi i nie krzyczało w niebogłosy, że wiosna. Skoro już oboje doskonale wiemy, że jest to zjawisko paranormalne porównywalne z poltergeistem i telekinezą, to mogę Ci powiedzieć, że spadłeś mi z nieba i przyniosłeś ze sobą promień słońca. Wspominałam niefortunny początek roku, który do tego wkradł się w mój dzisiejszy sen, ale wiem, że to się już nie liczy. Bo teraz jestem immunizowana, choć jedni mogą to nazwać utratą wiary w ludzi, ja to mianuję spojrzeniem z innej strony. Urosłam w wewnętrzną siłę, czuję że mogłabym przenosić góry i nie straszne są mi potwory, które mieszkają w szafie, bo mam latarkę i okazuje się, że tam tylko ubrania. I mówię: Hey baby. Po czym dodaję: How you doin’? Bo jestem niepoprawna, szalona i wyuzdana. Nur für Dich, Liebling.

A teraz sączę swój koniak i oglądam album geograficzny. Wiem już, że pojadę do Timbuktu i poleżę pod palmami Kostaryki. I po raz kolejny będę spacerować uliczkami Pragi, tym razem świadomie, z punktu widzenia osoby żyjącej lat 20, a nie 13. Bo to jest tak, że jak się coś ma, to się tego nie docenia. Przez 15 lat mieszkałam minimalnie ponad sto kilometrów od stolicy czeskiej, przez co jakoś nigdy nie zachwycałam się jej pięknem. Nie powiewało to dla mnie wyprawą i egzotyką. Tak samo góry. Po co jeździć w góry skoro ma się je na codzień. Not anymore. Więc kto mnie nauczy jeździć na snowboardzie?





13-04-2004 | 11:58 | (15)

Tylko ja i pakowanie manatków, by powrócić do swojej stolicy. Tylko ja i Frank Sinatra, który śpiewa o nieznajomych, którzy po zmroku szukają miłości oraz o tym jak to ona działa lepiej niż szampan i o tym jak to w szaleństwie się mówi piękne słowa. Ja i moja numerologia, która już nie wydaje się tak straszna. Bo wracam z wygnania, do swoich spraw codziennych, które pożerają wielkie połacia czasu. Do moich bodyguardów, którzy bronią mojego uśmiechu przed opuszczeniem twarzy. Do internetu, który substytutem wszystkiego.

I w ogóle smile 4 life. Żeby nie było, że taka sentymentalna i melancholijna.

---
Odgruzowałam: Jurassic 5 "Jayou" i "What's golden"
Robię: zdjęcia.
Jem: murzynka.
Wracam: DO DOMU.




15-04-2004 | 13:43 | (2)

Walczę dzielnie. Wczoraj wycieczka rowerowa. Że niby mięśnie nóg i pośladków i że słońce. A tak naprawdę to była to jedynie ucieczka od obowiązków i stawienie czoła zegarom. Trzy godziny pedałowania, cały Żoliborz nasz (mój i mamy), stosik zdjęć, teraz piszę przewodnik "Jak zgubić się w swoim sąsiedztwie". A teraz zbieram plony wczorajszego szaleństwa. Z otwartymi ramionami powitałam zakwasy i kompletne wyczerpanie. Ale jest wiosna i mimo tego jest uśmiech, radosne podskoki i bycie freaky as ever. Otoczenie odbiera to pozytywnie, bo jak można się krzywić, jeśli ktoś jest szczęśliwy. Aha, no i 12 to pikuś. Oraz we gonna make it. I tak na koniec, to powiem, że idę się uczyć. Naprawdę. Żeby zabić czas.

---
Nie słucham: dzisiaj. Niczego nowego w każdym razie.
Uczę się: historii Stanów i Anglii, gramatyki praktycznej.
Ślę: buziaka.
Czekam: na list.




15-04-2004 | 19:10 | (4)

Włączają mi się atawizmy z serii mam-całe-łapki-upaćkane-atramentem, całkiem ja za dobrych podstawówkowych czasów. Bo w tej kwestii jestem popleczniczką tradycji i mówię "nie" długopisom, jeśli tylko mam ku temu okazję. W moim metalowym piórniku w zebrę mieszkają cztery pióra, a w nich atrament koloru czarnego, brązowego, czerwonego i turkusowego. Tak sobie patrzę na te swoje upstrkacone palce i myślę, że pora wprowadzić trend na taki spontaniczny, samoistny handpainting.

---
Moja mama jest "w dechę". Toleruje moje emocjonalne ekscesy i jeszcze na dodatek pomaga w realizowaniu zachcianek z nimi związanych. Różowa pluszowa kulka. Mi a luv ya.

(I do tego zrobiła najlepszy rosół z lanymi kluskami. Aha aha.)

---
A ja wygrałam życie, bo uczyłam się CAŁE 3 GODZINY. Tak tak, leniwe stworzenie się zmobilizowało. W szoku.




16-04-2004 | 15:24 | (37)

Dziewczynka szła miastem obserwując jak budzi się ono do życia. Co chwilę przysiadała na ławce, aby zapisać swoje myśli. Oblewana słońcem, uśmiechała się do świata, fizycznie będąc tu na miejscu, myślami jednak całkiem daleko. Gdy wstała, poprawiła swoją opaskę w czarno-białe paski, która to miała okiełznać niesforne tego dnia włosy. Skierowała swoje kroki do sklepu i pomyślała, że ten sezon będzie pod znakiem tropików i że to dobrze, bo ona lubi palmy i kokosy. Potem dziewczynka siedziała na murku i obserwowała ludzi, którzy już tacy letni, pławili się w promieniach słonecznych. Wtedy też zaczęła się zastanawiać, co w tym momencie robi chłopiec i doszła do wniosku, że pewnie nadal śpi, bo i pora dość wczesna i nie jest on tak grzeczny jak ona i późno spać chodzi. Myśląc co by tu ze sobą zrobić spojrzała na swoje paznokcie, a na nich do połowy oskrobany, różowy kolor. Bo każda dziewczynka, która jest już młodą damą maluje paznokcie i nie zmywa ich dopóki lakier sam nie zejdzie. Uśmiechnęła się, bo przypomniała sobie, że dokładnie za tydzień będzie spędzać czas ze swoją towarzyszką zabaw, a kilka dni później w końcu obudzi chłopca, co by nie spał za długo. I popłyną razem nurtem rzeki. Nic nie mówiąc, wstała i poszła dalej obserwować miasto.

---
Jem: galaretkę owocową.
Słucham: coolie dance riddim.
Planuję: dobry wieczór.




17-04-2004 | 14:26 | (2)

Your booty might be bigga
But I still can pull your nigga
But I don't want him
Ya got sugar on your pita
But ya nigga thinks I'm sweeter
But I don't want him
Ya know the whole encyclopedia
But ya nigga thinks I'm deeper
But I don't want him
Got a whole lot a junk off in ya trunk
But ya nigga think I'm live and I keep him crunk
I don't want him

Your kisses might be wetter
But your nigga likes mine better
But I don't want him
Ya got the beans and rice and the hot ho cakes
But ya nigga still over here in my plate
I don't want him
Ya got a PHD, Magna Cum Laude
But ya nigga love me with a GED
I don't want him
You the one with all the money
And he knows my money's funny
But I don't want him

Got ya pad all decked out fa sho
But ya niggas at my door, thought
I don't want him
Well you can do the butterfly and the tootsie roll
But ya nigga straight sprung off the way I stroll
I don't want him
Ya know the whole 120 + degree
But you can't keep ya guy up off his knees
I don't want him
Got a 9-5 and a 6-10
But ya nigga told me not to work again
I don't want him


To taki swoisty tribute dla projektu pewnych pań.




18-04-2004 | 00:23 | (1)

Im bliżej godziny zero, tym mniejsze zniecierpliwienie z mojej strony. Bo wiem, że najpierw muszę dotrwać do wtorku, a potem do piątku. Cały następny weekend poświęcę na leczenie kaca. A w poniedziałek kubeł zimnej wody w postaci zaliczenia rocznego z gramatyki praktycznej. Co z drugiej strony pozwoli mi wypełnić te dłużące się chwile nauką. Super duper. Marzyłam o tym. Pretty funky, co?

---
Odkurzone: Erykah Badu "Mama's Gun".
Posprzątane: w pokoju.
Nauczone: lata 20. w USA.
Zmęczone: dzidzi. Już tak.




18-04-2004 | 19:02 | (0)

Cały weekend siedzę w domu, snuję się ospale, udaję, że się uczę, po czym nieświadomie wkręcam się w naukę i godziny mijają błyskawicznie. Nadchodzi wieczór, kiedy to powinnam wypełznąć ze swojej jaskini, ale to mam "chore nogi" jak to uroczo Mateo nazywa, albo po prostu czuję się jak bej, po gniciu godzinami w pieleszach. Czekam na następny piątek, czekam na moją gerl. I czekam na wtorek, najpierw ten, co to już zaraz jest, kiedy będę karmić swój narcyzm, potem na następny, kiedy nakarmiona ma zostać dusza.

Powtarzam się chyba. Źle ze mną.

---
Tańczę: po całym domu, co bym z wprawy nie wyszła.
Jem: szpinak z serem feta, co bym za szczupła nie była.




19-04-2004 | 15:30 | (14)

Makbet, jego "tragic flow" i mordercze myśli. A ja patrzę na wykładowczynię i też mam ochotę ją zamordować. Bo to przecież nieludzkie analizować cytaty przez półtorej godziny. W takich momentach uruchamiają się czarne wizje, że sesja będzie katastrofą i niczym maturzystka na kliowym bloku powinnam się targnąć na własne życie. Poszukuję swej misji życiowej i na pewno nie jest nią literatura angielskiego odrodzenia. A ja mam dziś na sobie moją bluzkę w tropikalne kwiaty, co to rzekomo ceratę z baru mlecznego przypomina. To ja na to, że jeśli nawet to kicz, jeśli odpowiednio dawkowany, jest funky. Lakier koloru świeżej fuksji powoli ściera się z moich paznokci, co oznacza wielką akcję zmywania hektolitrami bezacetonowego. Nasyciłam się tęczą, teraz zakróluje kolor mleka. A w najbliższym czasie kolaboracja słuchawek i mikrofonu, niczym uśmiechnięta pani z reklamy TPSA. A w tych słuchawkach pewien głos, uzależniający, jak papierosy, których już nie palę lub jak czekolada, którą się obżeram. I jest wielki uśmiech, bo okazuje się, że mam jeszcze jeden bonsuowy dzień dodany do długiego weekendu.

---
Jem: ptasie mleczko.
Piję: tanie piwo, ale to za godzinę.
Sikam: na niedobrą panią.
Kupuję: kałasza.




21-04-2004 | 22:08 | (8)

Jestem nieogarnięta. Cały mój świat stoi na głowie, a ja nie mogę zebrać myśli. Chodzę po domu w szlafroku i mruczę zajadając się bombami kalorycznymi. Znowu działam irracjonalnie i idę pod prąd, wbrew wszelkim instynktom samozachowawczym. Bo podświadomie czekam i odliczam każdą sekundę. Choć ponoć 5 dni to już pikuś, ale zamiast aktywnego trybu, włączyło mi się warzywko, inaczej zwane wegetatorem. I siedzę przed komputerem pochłaniając się Danio Straciatella i ani mi w głowie obowiązki czy uczelnia. Ale i tak we are the champions, mraucząco i tęsknie. A paznokcie mam niczym małe lusterka.

---
Designuję: Klio z Rio
Jem: na balkonie. Folklor.
Lansuję: się.
Czekam: Fi mi gyal. Pojutrze.




25-04-2004 | 22:46 | (7)

Piszę rzadziej, bo albo nie chcę być monotematyczna albo dłubię w swoim życiu. Piątek minął pod znakiem pyrlandzkich behemotów, marchewki i densholu. Wkradł się też epizod z panem, który o pierwszej w nocy dał nam 20 groszy na Tymbarka, po czym zapytał, czy nie mamy drobnych na flaszkę. Sobota była bezgranicznym obżarstwem, pełnym orgazmów o smaku tiramisu i leżenia na kanapie przed telewizorem. Zdarzyło się nawet uronienie łzy, chociaż widzę ją we wtorek. A dzisiaj jak to w niedzielę, robię się na so pretty. Ogarniam wszystkie cielesne sprawy i wyjątkowo, jak to bywa raz na jakiś czas, staję się czoko czoko. I zastanawiam się nad tym, jak to jutro czeka mnie intensywny dzień i tryliard spraw do załatwienia, żeby zapiąć wszystko na ostatni guzik i dać nogę na zachód. Ale wiecie, nie dociera trochę.

---
Haters wanna war, war wit we,
Fuck wit my crew, you go to the cementary,
Haters wanna war, war wit we,
Fuck wit my crew, you go six feet down deep.


---
Słucham: hitów sprzed dwóch lat. Cam'Ron - "Hey Ma".
Wspominam: piątek.
Robię: się na bóstwo.




 
2007
01
02
03
04
05
06
07
08

2006
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2005
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2004
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12