04-05-2004 | 08:03 | (12)

Bo to jest tak, że pomimo tego, że ja tu jestem, to nie potrafię znaleźć chwili, nie potrafię zebrać myśli. Bo nie ma to tamto i to wcale nie taka błahostka ogarnąć tydzień, który nierzeczywisty niczym coś najbardziej nierzeczywistego. I wcale wpływu nie ma na to, że ktoś teraz śpi w moim łóżku, a ja podkarmiam mój nałóg komputerowy, przebiegle korzystając z okazji. Bo to wszystko naprawdę nie jest takie proste.

---
Zasłyszane:
Jak kotek jest najedzony, to jest szczęśliwy. (moje nowe motto)
Kobieta nie mydło, nie zmydli się. (wypowiedziane przez pana z pociągu w kontekście zdrady)

---
Nie: Myślę.
Słucham: wszystkiego.
Spędzam: 12 godzin nie wychodząc poza granice pokoju. Grzybing.




06-05-2004 | 22:43 | (9)

Dzisiaj nie bawimy się w ogarnianie myśli. Dzisiaj oglądamy filmy o miłości, w pojedynkę, co by było trochę boleśniej. Dzisiaj wkręcamy się w internetowe akcje, jak na prawdziwych ludzi bez życia prywatnego przystało. Dzisiaj piszemy brązowym atramentem, po czym stwierdzamy, że to się dla publiki szerszej nie nadaje. I przede wszystkim to właśnie dzisiaj uświadamiamy sobie, że znów all alone i którego by tu misia przytulić. Bo tak naprawdę jestem wielką dzidzią. I strzelam focha wycelowanego w cały świat. Ale tak poza tym, to się uśmiecham. I słucham nastoletniego Yami Bolo. I jak otwieram lodówkę to płaczę.

Nie, wbrew pozorom, to nie jedzenie wygląda tak żałośnie.




07-05-2004 | 19:13 | (2)

Przeczytałam to, co wymodziłam wczoraj na tej kartce. Było to przed obejrzeniem romantycznych filmów. Nieaktualne. Z dnia na dzień coraz głębiej się we mnie wgryza poczucie świadomości, powoli dociera co się wydarzyło i jakie to ważne. Umysł ogarnia, jednak nadal buntuje się na obecny stan rzeczy, krzyczy, że basta i że veto i ogólnie pojęty foch. Bo potrzebuję ukojenia i buziaka w sam czubek nosa. Organizm odreagowuje w nader dziwny sposób, popychając mnie do zjadania całej paczki tiktaków pomarańczowych na zmianę z herbatą granulowaną. Na sucho oczywiście. Może to jakiś podświadomy manifest. A może nieudolna próba strucia się. Każdy orze jak może, jak to mówią na dolnym śląsku.

---
Tupię: nóżkami.
Jestem: rozwydrzonym bachorem.
Kocham: !




10-05-2004 | 18:28 | (2)

Całkowicie wybita z rytmu, wycięta z kontekstu, mówiąca „ale o co kaman?”. Mój świat dąży do równowagi, więc żeby sprowadzić mnie na ziemię wymierzył solidny policzek, taki po którym już nie ma siły na wystawianie drugiego. Chociaż patrząc na sprawę trzeźwo, to prawda jest taka, że ponownie wszystkie problemy, które powinny być dla mnie nauczką, czy też z którym powinnam wyciągać wnioski, spływają po mnie jak po kaczce. To niby dobrze, że mam to w głębokim poważaniu, że nie rwę włosów razem z cebulkami i nie walę głową w mur. Bo tak naprawdę, to po co? Wybrałam alternatywną drogę. Przyczepiam sobie etykietkę z napisem „rozsądna dziewczynka” i koncentruję się na samorozwoju. Z takim podejściem jest łatwiej. Że dla nikogo innego, tylko dla siebie.

A moje kocię jest miliard kilometrów stąd. Co dziwne odczuwam to słabo, silniejsze impulsy występują jedynie w momentach kryzysowych. Oszczędźmy sobie dociekania czy to dobrze czy źle. Tak jest i pewnie nie zmieni się to do momentu kolejnego spotkania. Co nie zmienia faktu, że wspomnienia płomienne, że co dzień „mamo, a wiesz, że on to i tamto”, że łzy wzruszenia przy filmach o miłości, że brak jadu na widok obściskujących się par. Wniósł do mojego życia spokój, element stateczności, co nawet moja rodzicielka zauważyła. Mówi, że dzidzia mniej nerwowa, że zajmuje się sobą, że nie ma wahnięć emocjonalnych. A Kuba mówi, że promienieję. To chyba dobrze. Czy nie? I dzięki niemu chce mi się ślęczeć nad „Makbetem”, analizować każdy wers, doszukiwać się głębokich znaczeń. Nawet mając świadomość, że już nie muszę. To jedna z niewielu rzeczy, które mogę zrobić dla mojego kota, udoskonalać siebie.

Współczuję mojej mamie. I wszystkim znajdującym się teraz na zewnątrz. Ściana deszczu mówi dzień dobry, krople wielkości kurzych jaj, alarmy samochodowe wyją. A ja polarowy dresik, gorąca herbata i porządkowanie fontów. Tak mi rób, tak mi dobrze.




12-05-2004 | 07:36 | (9)

Siedziałam na balkonie i patrzyłam jak z nieba spadają wielkie krople. Całe zastępy przezroczystych kamikadze, które głośnym pluskiem rozbryzgują się o wszystko, co stanie im na drodze, tym samym dokonując żywota i odchodząc do krainy wiecznego szczęścia inaczej zwanej kałużą. Siedziałam w samotności. W ramach solidaryzacji z wszechobecnym deszczem, po policzku spłynęła łza. A za nią drugą i kolejna. Nie wszystko układa się jak powinno. Każda z łez bluźni na inne niesprawiedliwości losu. Bo dlaczego muszę obserwować burzę w pojedynkę, bo czemu nie rozpalam kominka zielonymi banknotami, czemu jestem niemądra, jakby pozbawiona instynktu samozachowawczego? Podobno jest tak, że predestynacja i że każdy ma z góry wyznaczoną swoją drogę życiową. Więc może tak właśnie powinno być. Każde zdarzenie prowadzi do doskonałego stanu bytu, do absolutnego szczęścia, któremu nie można nic zarzucić.

Teraz, gdy siedzę przy swoim biurku, a przede mną leży laptop, w głośnikach pan mnie zapewnia, że ze mną uwolniłby Afrykę i Tybet, a nawet, że robię biodrem spoko. Teraz dla mnie absolutnym szczęściem są ciemne winogrona, które łapczywie pochłaniam, słodkie jak sto pięćdziesiąt. Jestem zawieszona gdzieś w czasoprzestrzeni. Brakuje mi konkretnego celu, którym byłaby jakaś data, do której chciałabym dążyć. Wszystko jest względne, każda granica całkowicie niedoskonała w swej płynności. Niby za kilka dni wielkie „sportowe” zbiorowisko w wydaniu jamajskim. Ale w takie odliczanie się nie bawię. Plan był taki, że najpierw zasada oby-do-piątku-a-5-dni-później-będzie-Klio, potem oja-odliczmy-do-następnej-imprezy, a potem godzina zero. Niestety plan spalił na panewce, gdyż jak można się cieszyć półmetkiem, jeśli meta sama w sobie nie istnieje. Tęsknię za Tobą.

Wieczorem nachodzi nastrój na gdybanie. Pozwalam myślom krążyć, analizuję przeszłe i przyszłe sytuacje, nurkuję w nogawkach czasu. Co by było gdyby. A jak by wyglądał mój świat, gdyby nie ona, mobilizująca mnie do działania, ona, która pokazała, że można ufać kobietom i odbierać świat w innych kolorach, na innych pasmach. To właśnie ona miała chrapkę, żeby opowiedzieć mi o nich. Także ona, żeby oczyścić swoje sumienie, gdy wychodząc na randkę zostawiała swoje kocię samo, powiedziała, odezwij się do niego. Dzięki tej chęci ekspiacji nie jest już sama w moim sercu, ma towarzystwo i to nawet takie niczego sobie, jeśli można dodać. Zaczęło się niewinnie, od potykania się o kluczborskie chodniki z telefonem w ręku, po czym nastąpiło 9 dni słodkich niczym wata cukrowa, pełnych wzlotów i uniesień, tylko po to, aby doprowadzić nas do punktu, w którym znajdujemy się obecnie. Kiedy już wiemy, że to z pospolitością nie ma nic wspólnego, a raczej ocierało się o niesamowitość, leżąc na sklepowej półce życia. Zaryzykowaliśmy, zainwestowaliśmy, teraz kiełkuje. Pogodna wizja na przyszłość, zapowiada obfite plony i profity. Sęk w tym, że należy się wykazać cierpliwością, bo to nie działa tak, że roślinka w jeden dzień wyrośnie. Podlewasz, czekasz ileśtam, patrzysz „o nowy listek!”, znów podlewasz. I tak w kółko. Spytajcie mojego pseudobambusa, co to na parapecie stoi. Ma już listki wysokie na 10 centymetrów, nie ma to tamto i hop siup.




13-05-2004 | 20:45 | (4)

Gdy wychodziłam z domu (a trzeba zaznaczyć, że ostatnio należy to do czynności rzadziej niż częściej spotykanych) poczułam się, jakbym była Wtedy. Przy czym Wtedy jest pojęciem względnym, zbiorem chwil i wydarzeń nacechowanych pozytywnie, kiedy nie byłam skazana na życie w samotności i delektowałam się poczuciem, że gdy wrócę stamtąd dokąd właśnie zmierzałam w domu będzie ktoś na mnie czekał, zmywając naczynia, czytając książkę, robiąc cokolwiek. Więc idę chodnikiem, trasą, którą przemierzam co rano zmierzając na przystanek i tracę zmysły, wydaje mi się, że tak, a nie inaczej, konfabuluję i dopuszczam do siebie omamy, które opanowują oczy wyobraźni. Ale wtedy ogarniam się, bo wiem, że idę się spotkać z nią, tą jedną drugą mojej idylli i że może tak naprawdę to nie bawię się w bezsensowny oniryzm, tylko what you see is what you get.

Ah, no i w ogóle nie mam pojęcia jak to, może mieć jakikolwiek związek z moją osobą.

No i wielkie pięć dla głośnych rozmów w makdonaldzie, które zasługują conajmniej na cenzurę. Także dla umiejętności otwierania oczu i wyostrzania zmysłów. Znów czuję. Mocno. Świadomie.




16-05-2004 | 19:35 | (4)

Powiedziano mi, że popełniam grafomanię, że przerost formy nad treścią, bo jak czytelnika może interesować, że piszę, że kocham, że tęsknię, że Weltschmerz i ściskanie w dołku. Powiedziano mi też, że prawdziwych Werterów już nie ma, że wymarli 200 lat temu. Gdy deszcz spada, to spada, bez żadnych tam fajerwerków i efektów specjalnych. A związki na odległość to bezsens, samowolne skazywanie się na tortury, bez rokowań na przyszłość. Ale jeśli ja wierzę w to co robię? Jeśli ufam, że jeśli będę dzielna, to będzie happy end, fanfary i biały welon? Naiwna? Ponoć zrozumiem, jak będę duża.

A sobota należała do dni trudnych do określenia i wyjątkowo dwojakich. Cały dzień pod znakiem Jamajki i piłki nożnej. Po kilku godzinach intensywnego dopingowania deszcz i przemoczone ubrania zaczęły się dawać we znaki. Ale to nie w tym leżał problem. Dualizmowi nastroju winien był sen, który to przeniósł mnie tam, gdzie najbardziej chciałabym się znaleźć. Bo jak tu nie myśleć o kimś, kto właśnie obchodzi urodziny, a jedyne co ja mogę w tym względzie zrobić, to złożyć życzenia. Popołudnie spędzone w towarzystwie m.in. pary wrocławsko-warszawskiej, wieczorem w klubie skazana na obserwowanie ogólnego slaknesu parkietowego w wykonaniu licznych nagle par. No i w końcu gwóźdź programu, zwany inaczej gwoździem do trumny, czyli chłopak w autobusie i jego "A czemu taka pani wraca do domu sama? Gdzie jakiś pan?". Ewidentnie świat się uwziął i przyjął sobie za cel, żebym przypadkiem nie zapomniała, o tym co i jak. Ale ale. Zeby nie robić z siebie męczennicy, napiszę, że i tak się cieszę z tego, co mam, bo jest to zjawisko natury niepowtarzalnej i jedynej w swoim rodzaju. Nawet jeśli czytelnik tego nie rozumie lub też ma to w dupie. W sumie ja nie mam. Dziękuję.




17-05-2004 | 23:06 | (16)

Moje szczęście pachnie konwaliami, które stoją na parapecie, w kiczowatej szklance w czerwone kwiatki. Czasami przybiera smak koktajlu bananowego, który tak łapczywie dzisiaj wypiłam, że na dobrą sprawę pozbawiłam się przyjemności delektowania. Bywa też tak, że szczęście wygląda całkiem jak cyferka 7 (nota bene moja szczęśliwa, z racji urodzenia 07.07.), która ponoć do odliczania nadaje się najbardziej lub też wplata się we włosy niczym wiatr wiejący z zachodu. Meritum jest takie, że szczęście jest i raczej nigdzie się nie wybiera. No chyba, że po bitą śmietanę i truskawki, do sklepu na rogu.

Czuję się uczestniczką teatru absurdu, patrzę jak wszystko staje na głowie i okazuje się całkiem czymś innym niż to, za co uprzednio je miałam. Głęboko wdycham powietrze, zastanawiając się, co tak naprawdę w zaistniałej sytuacji zrobić, jak się zachować, żeby było okej, żeby ten pewien fragment mojego świata nie poleciał na łeb na szyję. Bo rzeczony fragment należy do tych istotniejszych i jest wart troski. What doesn't kill you, makes you stronger - tak było kiedyś, teraz wiem, że to prawda. Jestem immunizowana na pewne sytuacje, czuję się mądrzejsza, silniejsza. Dlatego też twierdzę, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu.

Pozdro Breslau.




29-05-2004 | 20:52 | (5)

Bo w ogóle, to wróciłam. Ale.

To nie może być tak, że teraz usiądę przed komputerem i napiszę, że nieplanowane może być pełnią szczęścia. Tym bardziej jeśli zupełnie nie planuje się spędzić tygodnia w najbardziej "doborowym" towarzystwie, jakie tylko można sobie wymarzyć. Więc nie usiądę i nie napiszę o tym, bo tak przyzwoitość nakazuje. Bo najzwyczajniej nie wypada mieć tak uporządkowanych myśli świeżo po powrocie z miejsca, gdzie miłość grasuje na wolności i bezczelnie gryzie w łydki. W ramach układania się do przyjętych norm planuję pielęgnować ten kołtun w głowie i dryfować 5 centymetrów nad ziemią. Może z lenistwa, może z tchórzostwa, a może z czystej przekory. Napiszę za to, że wpadła mi w ręce książka "Jak wytrzymać z mężczyzną". Już po przeczytaniu kilku stron mówię, że ha, że me no care i że stek bzdur, bo mój boj jest idealny, nie posiada żadnych wad i traktuje mnie z książęcą manierą. Wspominam o tym, aby podkreślić jak jestem szczęśliwa, jak mi dobrze oraz że jeszcze kilka miesięcy temu wydawało by się to idyllą i czymś absolutnie nieosiągalnym. Dlaczego nie spotkaliśmy się wcześniej?




 
2007
01
02
03
04
05
06
07
08

2006
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2005
01
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12

2004
02
03
04
05
06
07
08
09
10
11
12