15-05-2005 | 18:41 | (18)
No bo w sumie dlaczego nie miałabym pisać. Oszczędziłam i sobie i wam rozstrząsania okresu nie do końca pozytywnego, który i tak racjonalnie wytłumaczony być by nie mógł, bo niektóre umysły mają zbyt skomplikowany tok rozumowania. Przydatną umiejętnością jest stanąć z boku i spojrzeć na to przez filtr obojętności, z kamienną twarzą, jakby dotyczyło to kogoś innego. Przy okazji takiego zabiegu z dziecinną łatwością można zauważyć błahość sytuacji, a problemy, które urosły do rangi katastrofy możemy z niekłamaną satysfakcją wsadzić where the sun does not shine. Szyderczy uśmiech na twarzy.
Reminiscencja tygodnia. W środę piszemy dwa zaliczenia, siedzimy na zajęciach 10 godzin, a potem krocząc ulicą Chmielną opracowujemy układ do naszej wersji teledysku Barbie Girl, bo życie w plastiku jest fantastyczne. Stwierdzone, za dużo nauki robi z mózgu papkę. A gdy nadchodzi czwartek robię sobie weekend o jeden dzień dłuższy i to wcale nie z lenistwa. Śpię do 13 i dziwię się, że budzik nie dzwoni. Błogie lenistwo zwieńczone wódką Z Czerwoną Kartką w towarzystwie kolegów z liceum, którzy zawsze wiedzieli i wiedzą o co chodzi. Bo tak się zaczyna trzydniowy cug w hołdzie hedone.
I wtedy nadchodzi piątek, jedni piszą maturę, inni się cieszą, że juwenalia i na zajęcia iść nie trzeba. A gdy nadchodzi wieczór, to w doborowym gronie, które utwierdza mnie w przekonaniu, że są dobre kobiety na świecie, pokazujemy Warszawie jak się powinno bawić. Z resztą Europie też, przy okazji udowadniając, że opanować można wiele języków, choćby na poziomie podstawowym. Szwed jest pod wrażeniem, że kük i rövva, Duńczyk rozumie, że jij bent een godverdomme klootzak choć to nie jego ojczysta mowa. Mówią, że jak popieścisz, to zmieścisz, a my mamy na to żywy przykład, a vipy jeżdża w bagażniku, bo przecież nie z przodu. Nowoczesne hotele mają dźwiękoszczelne drzwi, bo gdyby nie to, to nie wiadomo co. Glonojady pod prysznicem, głupie zdjęcia i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nieszczęsna i bogu ducha winna Aliyah, która nie wiadomo tak naprawdę skąd się wzięła. Jedni tańczą salsę, inni obściskują się na łóżku, które de facto zajmuje 2/3 pokoju. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że 100% uśmiechu, a zero jadu, chyba że gdzieś niespodziewanie testosteron tryśnie, ale wszystko w granicach rozsądku. Spać.
Wstaję o 16 i mam poczucie straconego czasu, lecz z drugiej strony zdaję sobię sprawę, że gdyby nie ta konkretna ilość godzin pod kołdrą, to mogłoby być krucho. Leniwe pluskanie się w pianie, odzyskiwanie świadomości, a wszystko to tylko po to, by kilka godzin później iść podziwiać francuskich raperów. Amerykańskie biale kozaczki kiepsko dają dowód temu, jak to się bawią w Kalifornii. Tymek robi bboy bboy, wywołując westchnienia wśród żenskiej populacji klubu. Ja natomiast ruszam skostniałymi stawami przy mikrej ilości rytmów ragga. Podczas koncertu dwumetrowi ochroniarze stają w pierwszym rzędzie, żeby Ola i Tymek na pewno nic nie widzieli, a tym bardziej nie zrobili żadnych dobrych zdjęć. Ale że Te jest spryciarzem, to się przecisnął. Po koncercie udajemy vip’ów i przysłuchujemy się wywiadowi sącząc Bacardi w towarzystwie francuskich raperów z aparycją Craiga Davida, czy jak kto woli, pana z G-Unit. Białe kozaczki jedną mają pełen arsenał lizaków, a poza tym blond, więc nie ma o czym mówić. W takich momentach ubolewam, że tylko języki germańskie, zamiast liznąć jakiś romański i porobić habla español. Kończymy wieczór w AlKebab, które dla każdego taksówkarza jest enigmą i dobrym pretekstem do tzw. przycinki. Stojąc w kolejce po kebaba się dowiaduję, że na pewno mam latynoskie korzenie, no bo jak by miało być inaczej. Ciao mamita, i pamiętaj że we Francji całujemy w obydwa policzki.
A dziś praca, która do tej pory zrobiona nie jest, bo czemu nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę, jeśli dostarcza to adrenaliny.
To tyle w tej kwestii.