21-05-2007 | 19:05 | (6)
Od miesięcy zmagam się z blogowym chciałabym, lecz boję się. Z nową dawką animuszu postanawiam się uzewnętrznić, oczyścić wypuszczając wszystko w eter, bo w sytuacjach kryzysowych ekstrawertyzm sięga zenitu. Nie wystarczy, że Piotrek po raz setny wysłucha tego samego zrzędzenia, że powie, twoje życie siora, idź za głosem serca, bo to tak naprawdę ty masz być szczęśliwa. A co jeśli chcę być i tu i tam na raz. Sytuacja, gdzie którejkolwiek drogi nie obiorę, to i tak coś będzie nie tak. Bezradności do cna nienawidzę i już nieraz doprowadzała mnie do szaleństwa. W zaistniałej sytuacji pojawia się jednak pytanie, czy aby nie boję się jednak wziąć w garść, bo przecież nie takie rzeczy się działy i wychodziłam cało. W końcu kot, cztery łapy i dziewięć żyć. Plus małe tendencje do dramatyzacji. Ale taki to już urok. What doesn’t kill you, makes you stronger, kiedyś było jedynie stwierdzeniem, teraz wiem, że się sprawdza.
Podejmuję decyzję, o którą bym się jeszcze kilka tygodni temu nie podejrzewała. Nagle jednak staje się oczywistym, że jest to rozwiązanie jak najbardziej logiczne i że tak musi być. Bo jak by nie było źle, to tu czuję się jak w domu. Bo są oni, a ja jestem zwierzęciem stadnym. Bo tak, a nie inaczej. A nic nie dzieje się bez przyczyny i z każdego doświadczenia wychodzimy mądrzejsi. Popłynęłam.