02-06-2004 | 18:05 | (4)
Wyczuwam u siebie tendencyjność. Jeśli chcę się już czymś dzielić z ludźmi, to tym, że jestem szczęśliwa. Bo lowe, bo ktoś w końcu prawdziwie kocha, bo och i ach. Ale w sumie ileż można o tym samym? Zastanówmy się, czym by tu można szanowną publikę zainteresować? Wiecie, ostatnio odezwała się ta część mózgu, która jest odpowiedzialna za ciągoty programistyczne. PHP. Tak więc niedługo robię konkurencję wszystkim blogom, ownlogom i nie wiadomo komu jeszcze. Ale to za chwilę. Po kolacji zapewne. To nie był porywający temat? No więc może powiem tak. Taka jedna pani, co to już na stałe w stolicy rezyduje pisała tam kiedyś, że pod jej kamienicę wjeżdża się przez złotą bramę z napisem "Kancelaria Prezydenta RP". A ja mówię, że ten fakt jest jak najbardziej nieistotny i nie może konkurować z tym, że pod oknami wielki taras, na którym słońce przez cały dzień. Od jutra na tym tarasie zamieniać się w skwarki będziemy My. Nie to, że salcesoniki, bo do tego żadna kobieta się nie przyzna. Poza tym każde opalone ciałko wygląda smacznie. A wspominam o tym fakcie z jednego względu. Otóż moje życie nabierze tempa, stanie się urozmaicone i w końcu, nareszcie będę mogła tworzyć niezwykle porywające relacje z życia, dzielić się tym, jak owe życie wygrać, być mistrzynią i przeżyć miesiąc w oczekiwaniu na miłość.
Chaos, czy nie?
06-06-2004 | 20:31 | (4)
Dzisiaj po raz kolejny zostałam zapytana czy mam kogoś. Z odpowiedzią na to pytanie problemów nie ma, to już ćwiczyłam milion razy, biegając ulicami i krzycząc na całe gardło: kocha mnie! Po raz pierwszy za to stanęłam przed wyzwaniem, aby wytłumaczyć dlaczego on jest tak daleko i kiedy się przeprowadza i jak mi z tym. Nie do końca potrafię osobie postronnej wytłumaczyć zjawisko tej relacji, uczucia, które nas łączy, świecę oczami i robię dobrą minę. Z jednym się jednak zgodzę i zacznę to od razu mojemu kotu wpajać. Mianowicie przeprowadzić się musi od zaraz i ze swoimi umiejętnościami da radę się utrzymać. A wtedy, to kraina mlekiem i miodem płynąca oraz wieczne szczęście we dwoje. Ale co ja mogę. Pozostaje mi jedynie wdrożenie mu tych optymistycznych mądrości z nadzieją na jakiś aktywny odzew.
Mój aktywny tryb życia ostatecznie pojawił się w Warszawie, aby pozostać na stałę. Inauguracyjnie robienie biodrem w rytmach Jamajki, jedzenie lodów o konsystencji żelki oraz tych, co to miały być kawą, a nie są. Hałasy śmieciarki o wczesnych godzinach porannych oraz inne zalety mieszkania w centrum miasta. Wielka akcja zaopatrzeniowa, bez której żadne domostwo się nie obędzie. Na drodze napotkałyśmy baby kotki, które się prosiły, żeby je zabrać do domu, a one w zamian chętnie obsikają ci całe mieszkanie. No i w tym miejscu nie sposób nie wspomnieć o meritum dnia, którym stała się czekolada Schogetten Coffee Melange, która o niebo lepsza od zwykłej cappuccino, dzięki małym czarnym kropeczkom, na tle szarej czekolady, które to zapewne są zmieloną kawą. Z opalania nici.
Lansuję się, staram się kreować jak najbardziej korzystny wizerunek, udzielam wywiadu. Ma być błyskotliwie, ciekawie i tak, żeby się lekko czytało. Mam okazję przybliżyć moje codzienne zajawki, wytłumaczyć o co chodzi w internetowym środowisku, jak postrzegany jest świat reggae przez osobę, która pół życia spędziła w hiphopie oraz czy relacje z dziewczynami są fajne. Miłe przedsiewzięcie, czekam na złożony tekst, aby nanieść poprawki i udoskonalenia. A za kilka dni kolejne zdjęcia.
13-06-2004 | 22:37 | (8)
W niedzielny wieczór siadam przed komputerem i brakuje mi weny. Zaczynam milion rzeczy i przy żadnej nie spędzam dłużej niż dziesięć minut. Zajadam Cini Minis i się cieszę, bo moje ultra długie paznokcie mają dzisiaj kolor śliwkowy, a potem marszczę czoło, bo zdaję sobie sprawę, że ciemny lakier ma do siebie to, że odpryskuje po jednym dniu. Ale to ogólnie jest błahostką w porównaniu do tego, że za dwa tygodnie w końcu się doczekam i będzie "na miejscu" i "na zawsze". Tak naprawdę, to jeszcze to do mnie nie dociera, bo nie było tego w planie, ale ponoć spontany smakują najlepiej. A wtedy, to już nic nas nie powstrzyma.
Dostałam nowe pióro. Chińskie, takie jak w podstawówce, oldskul klasyk. Siódme do kolekcji. W tej kwestii wychodzi ze mnie tradycjonalizm. Ale żeby nie było, że jest monotonnie. Czarny, niebieski, brązowy, turkusowy, czerwony, zielony, fioletowy. Dzikie szaleństwo i ogólny chaos, tak że zaczynam żałować, że rok szkolny się kończy, a nie zaczyna i że nie mogę codziennie zapisywać kilogramów papieru. Zacznę pisać opowiadania. Ręcznie. Albo listy. Kto poda adres?
19-06-2004 | 17:28 | (8)
Dzień podobny do dnia, z przerwami na przecieranie starych szlaków. Dawno nie było tak, że sączenie piwa cały dzień i superrelaks. I powrót do przeszłości, wraz z ludźmi, którzy kiedyś pełnili bardzo ważną rolę w moim życiu. Ale tak naprawdę, to co bym nie robiła, to czekam na niego i trafia mnie szlag i już nie pamiętam jak to jest, jak się ma kogoś kto kocha. Bo trochę czasu minęło, a ja najwidoczniej należę to tego rodzaju zachłannych osób, które potrzebują uwagi nonstop i 24 godziny na dobę. Trzytygodniowa posucha to już trochę ponad moje możliwości. Bo co mi po tym, że słyszę jego głos? Teraz to jestem taka cwana i odważna, bo wiem że jeszcze 9 dni i mam go na zawsze, więc teraz mogę sobie śmiało bluźnić i narzekać. I korzystam.
Po raz setny pojawia się odwieczny problem niewystarczających zasobów w szafie. Choćby pękała w szwach, na ustach formuje się pytanie "I co ja mam na siebie włożyć?". Potem mozolnie, metodą prób i błędów, testując wszelkie możliwe kombinacje, mamy efekt, lepszy lub gorszy, to już zostawiam innym do oceny. A dzisiaj wyjście, czyli wyrywamy włosy z głowy i idziemy szukać stroju.
Słucham: Perilous Riddim.
26-06-2004 | 01:11 | (5)
Bo wiecie, to już niby tylko dwa dni. Ja od ponad tygodnia uprawiam beztroskie back to the roots, czyli ogólny chill i uśmiech na twarzy. Grille w otoczeniu zalesionym i twarze znane już od kilku dobrych lat powodują pozytywne wibracje. I tak naprawdę, to wszystko na głowie staje. To co kiedyś było istotne, zmieniło się nie do poznania, więc wracamy do tego, co kiedyś było dobre. A teraz okazuje się najlepsze. Nie ma, że paranoje, lęki i obawy, nie ma, że czy aby nie jestem za dobra, czy mogę zachować się tak czy inaczej, nie zbaczając na konsekwencje. I tak jest dobrze. A będzie najmistrzowiej, gdy do całej tej idylli dołączy osoba miła mojemu sercu, na która czekam już ponad miesiąc i obgryzałabym paznokcie z niecierpliwości, gdyby nie to, że mam na ich punkcie obsesję i pielęgnuję pieczołowicie. A to już tylko dwa dni.
A w ogóle to Johnny Walker Red i Smirnoff siemasz.